Kilka dni temu telewizor pokazywał Kate Winslet otrzymującą nagrodę za rolę April w filmie “Revolutionary Road”. Wczoraj, mniej legalnie niż zwykle, obejrzałem ten film. Golden Globe’a powinien był dostać Di Caprio. Im starszy tym lepszy… “Revolutionary Road”, po polsku stłumaczone na = “Droga do szczęścia” (sic!), to pozornie coś o zdychającej romantycznej miłości, pragnieniu spełniania swoich marzeń, fizycznej niemożności tkwienia w podmiejskim raju z domkiem, psem, dwójką dzieci i trawnikiem. Mam wrażenie, że ponad tym wszystkim jest historia dotycząca czegoś innego. Największego dramatu dzisiejszych czasów.
Frank (Di Caprio) miał kiedyś pragnienie. Takie mianowicie, że chciał się dowiedzieć, kim jest. Chciał odkryć swój “talent”. Potrzebował na to “czasu”. No, ale wiadomo, dopadło go życie. Zakochuje się w April (Winslet), rodzi im się dziecko, rzeczywistość zaczyna gryźć, kupują domek, psa, trawnik i tak dalej. Frank ma posadę czegoś w rodzaju dzisiejszego marketingowca aka marketera (rzecz dzieje sie chyba w 50-tych ubiegłego wieku). April ma 2 posady – wyuczoną i nie wykonywaną aktorki oraz wykonywaną posadę gospodyni domowej. Posada Franka tłamsi. Frank się dusi, April się dusi, dzieci się duszą, trawnik zaczyna się dusić… Film wrzuca nas w moment w życiu tych ludzi, kiedy wiadomo, że wszystkie pozytywne tego związku emocje dawno się sprały. Zostały zdjęcia, obowiązki i mgliste wspomnienia.
April wraca do wspomnień. Do młodości. Do bycia człowiekiem pełną gębą zamiast bycia półgębkiem marketingowcem. Proponuje Frankowi porzucenie wszystkiego tego, co przez lata nakupowali i ucieczkę do “Paryża”. Paryż pełni w tej historii rolę słowa-klucza do bram lepszego życia w Królestwie Pani Wolność. April proponuje układ, w którym to ona będzie zarabiać (jako sekretarka), a Frank się zastanowi, co dalej ze sobą zrobić. Frank się po krótkim namyśle zgadza. Otwiera dzięki April drzwi do lepszego świata i widzi ścieżkę poszukiwań owego talentu tajemniczego. Luzuje. Codzienność korporacyjnego ładu blednie. Frank w końcu zaczyna tworzyć w pracy rzeczy wielkie. Przestaje być wymoczkiem od nędznych selling lines i … wyzwala swój talent. Zdobywa uznanie. Jego pryncypał proponuje słodki układ z większą iością dolarów i nowym “wyzwaniem”. Frank samodzielnie podejmuje decyzję o tym, że drzwi do “Paryża” należy cicho przymknąć i przekonuje sam siebie o tym, że “przecież tutaj też możemy sobie pięknie żyć”.
Nie opowiadam fabuły dalej, bo od tego miejsca same spoilery. Powiem tylko, że, wiadomo, cudowna atmosfera początku czegoś nowego zostaje przez Franka energicznie wypluta do ścieku i fakt ów stanowi początek podmiejskiego armageddonu z pięknie przystrzyżonym trawnikiem w tle.
Postać Franka jest paradygmatem dzisiejszego “człowieka korporacyjnego”, he he, “homo corporatius”… Stworzenia niezdolnego do odcięcia rurki pompującej do jego układu nerwowego:
1. zapewnienie o zarabianiu dużej forsy,
2. rodzaj “sklimatyzowanych biurowo” psychotropów powodujących ruch ku górze na schodkach piramidy Maslova (namiastka uznania społecznego),
3. tak zwane poczucie bezpieczeństwa.
Frank zamienia skarb emocji związanych z April na rzecz powyższego. I jest to wyjątkowo chu…owa transakcja.
Jak często dziś ludzie w Polsce dokonują takich wyborów? Dlaczego, gdy pytam po raz pierwszy spotkanego człowieka o to co robi w życiu, to odpowiedź zwykle brzmi: “Jestem dyrektorem marketingu”, “Jestem szefem finansów”, “Jestem ze spółki”… Dlaczego przestaliśmy być: fotografikami, podróżnikami, fascynatami literatury Bhutanu, domorosłymi pisarzami, miłośnikami łabędzi, zgłębiaczami Kabały albo graczami komputerowymi? What da fuck?
Co można powiedzieć fascynującego o nowej kampanii reklamowej siedemdziesiątego szóstego planu taryfowego operatora telefonii komórkowej? Nic. Każdego za to człowieka z włączonym na stałe mózgiem zapewne zainteresuje opowieść o literaturze Bhutanu, ha ha ha. Mózgi czas przesunąć ze stanu “stand-by” lub “off” na “on”! To bardzo proste. Jeden mały krok i już po bólu. A potem można zacząć wygrywać cały świat… Miłość, wolność, radość, poczucie bycia człowiekiem pełną gębą. Nigdy ponownie nie uwierzę już, że żyjemy na tej planecie po to, żeby tkwić jak barany w układzie stadnym ograniczonym płotem konwenansów i norm bycia dobrym urzędnikiem. Di Caprio pięknie to pokazał w “Revolutionary Road”. Thanks, Leo
.
Tagi: Droga do szczęścia, Golden Globe, Kate Winslet, Leonardo Di Caprio, Marzenia, Revolutionary Road, Wolność, Życie